23
luty
2011
środa
23
luty
2011
środa
22
luty
2011
wtorek
Czyli Sajgon po raz drugi. 9mln mieszkancow i odnosi sie wrazenie ze wszyscy wsiedli na motorki i jada. Jada, trabia i wykonuja skompikowane ewolucje drogowe. Nad nimi tysiace kabli, kabelkow zwisajacych z przeciazanych slupow. A w tym wszystkim przechadzamy sie my – wypoczeci po 3dniach nurzania sie w cieplej wodzie morza Poludniowochinskiego i nieuchronnie powracajacy. Jeszcze jutro tunele Cu Chi i rozpoczynamy droge powrotna.
21
luty
2011
poniedziałek
20
luty
2011
niedziela
Podobno Wietnam jest największym producentem pieprzu na świeie a wyspa phu quoc z kolei produkuje najwięcej w wietnamie! My natomiast nic o tym nie wiemy i rozkoszujemy się ostatnimi dniami ciepła. Za tydzien trzeba będzie dołączyć do marznących rodaków!

18
luty
2011
piątek
Po krotkiej pauzie w Sajgonie pojechalismy do delty Mekongu. Chociaz z przygodami udalo nam sie dotrzec do miejscowosci Ben Tre. Male miasteczko, nad jeziorem hotel, przy hotelu kawiarnia i w kawiarni my. A ze sie zeszlo akurat w czasie z urodzinami moimi (to juz 23 lata! ;) kawiarnia byla naszym ulubionym miejscem.
Potem wszystko zaczelo sie ukladac w tempie ekspresowym – plan podrozy nagle sie skrystalizowal i zaczal sie wypelniac!
W hotelu dorwal nas pan Lanh, ktory caly czas sie smiejac zaproponowal wycieczke lodka po rzekach, polaczona z obiadem przygotowanym przez jego zone. Po krotkiej negocjacji ceny umowilismy sie na dzien nastepny.
Z samego ranca bylismy juz na czolnie i z tyrkajacym niepewnie silnikiem poplynelismy w gaszcz palmowy. Rzeki wija sie tutaj z kazdej strony, co chwila waskie mostki, lodzie z lypiace oczami i bananowe palmy. po dwoch godzinach silnik jednak powiedzial dosc i wycieczka skonczyla sie na holu…ale za to jakie jedzenie! Zona Lanha to mistrz kuchni – mdawno takich pysznosci nie jedlismy.
Tuz po powrocie z wycieczki, biegiem ruszylismy do autobusu, zeby na wieczor dotrzec do Cam Tho – zeby miec caly nastepny dzien na motorach. Z kilkoma wrecz cudownymi przesiadkami udalo nam sie dojechac juz na godzine 18. Bylismy z siebie naprawde dumni, bo dzieki temu dzisiajszy dzien mielismy genialnie motorowy. Znowu malutkie rzeczki i wielkie rzeki, znowu palmy, plantacje mango, papaji i male drewniane domki na nadbrzezach. Teraz ogladalismy wszystko z perspektywy drozek, a nie rzek. Teraz to my bylismy na moscie a nie pod mostem. A nad nami juz tylko dziesiatki latawcow!
Jesli wszystko bedzie sie tak plynnie ukladac, to jutro o 5 rano bedziemy na plywajacych targach, a potem bedem do Rach Gia, a potem promem na wyspe rajska… No ale o tym pewnei jeszcze napiszemy :)
15
luty
2011
wtorek
No więc wreszcie w potwornych bólach udało nam się dotrzeć do tego królestwa rozpusty i pieniędzy. 24 godziny niczym sardynki w sypialnym autobusie. Wszystkie hotele full i na ulicach full – totalny sajgon!
13
luty
2011
niedziela
Po Hue i jego smakach, ktore dla niektorych skonczyly sie w toalecie, dojechalismy do Hoi An. Niewielkie miasteczko na wybrzezu, z ladna stara zabudowa starego miasta. Stare swiatynie, stoiska z bagietkami, kolorowe lampiony i setki krawcow. No i wlasnie ci ostatni sa zgubni. Szyja co sie chce z dnia na dzien. Garniaki, smokingi, sukienki, plaszcze, kostiumy kapielowe, koszule, krawaty, buty – wszystko, po prostu wszystko. Zaczelo sie niewinnie, ze niby jedna sukienka i do domu, po jednej sukience druga, potem koszula, spodnica. Wciaga jak narkotyk! Jakosc rozna, czasem potrzebne poprawki, czasem nie no ale nie mozna sie spodziewac cudow za 10 $ i to w dodatku w tempie expres! Jutro stad wyjezdzamy – i dobrze, bo moglobyu sie to skonczyc niebezpiecznie. Ja sie zapakowalam w plecak, nie musze nic slac do Polski, ale nie wiem jak inni :)
Zeby nie bylo, ze tylko dziewczyny zwariowaly. Slawek chyba pobil wszystkich, a i Przemek sobie pofolgowal. Jednym slowem przeszylismy sobie trzy dni zycia i dopiero dzisiaj zobaczylismy cos wokol miasta. A bylo warto bo w Marble Mountains sa wspaniale klasztory na szczycie i swiatynie w wielkich jaskiniach. Dotarlismy do nich pozno, ale dzieki temu nie bylo ludzi, a atmosfera byla niesamowita… cos duchowego po czystej konsumpcji.
13
luty
2011
niedziela
Spoznione ale zawsze! cos z Sapy, cos z Hue. Dopiero teraz nam sie udalo dorwac do netu…
10
luty
2011
czwartek
Zoladek to nie San Francisco – jak spiewal gwiazdor. A jednak mozna! Czarna fasola z mlekiem i galaretka okazala sie smakowitym deserem.
Hue jawi sie nam jako miasto nowych smakow. Nalesniki z krewetka, rozowa pasta, kielkami i miesem (lub nie) z kolendra, salata, zawiniete w papier ryzowy maczane w sosie fasolowo orzechowym – mniam :P; Wlasnorecznie zawijane springrolle czyli Sajgonki; Bun Hen – slatka z makaronu ryzowego, kielkow, orzeszkow, omulcow w smakowitym sosie. Kawa gesta jak smola ze skondensowanym mlekiem. To wszystko i palac cesarza zwiedzalismy w nader przyjemnym, rowerowym stylu. Dziewczeta znowu w letnich sukienkach, szortach, koszulkach – czyli WAKACJE!!!
08
luty
2011
wtorek
Bylismy w Sapie jak wiadomo, ale juz z niej wyjechalismy. Bylo jak zwykle motorowo i plemiennie. Ze wzgledu na TET czyli nowy rok wietnamski Sapa byla wprost zalana Czarnymi Hmongami. Ze wszystkich gorskich wiosek znajdujacych sie w obrebie kilkudziesieciu kilometrow do Sapy, przybywali Hmongowie aby pobujac sie na hustawce z bambusa, sprobowac swych sil na bambusowym kiju rownowagi, albo pochrupac trzcine cukrowa. Wakacje na calego. Wszyscy w strojach, elegandzcy, dostojni i w dobrych humorach.
My jak zwykle wypozyczylismy motory i ruszylismy do wiosek. Wjechalismy do Czerwonych Dzao na jakies wioskowe swieto, przy okazji mijajac dziesiatki wiosek Czarnych Hmongow i setki zakretow na gorskich drogach. Jak zwykle zatopilismy sie we mgle i chmurach gdzies wysoko, wysoko nad Sapa.
A potem trzeba bylo ruszyc na poludnie. Wsiedlismy zatem do sypialnego autobusu, z wygodnymi, ale nieco waskimi lozkami, aby o 5 rano dotrzec do Hanoi. Mily pan kierowca pozwolil nam sie przespac w autobusie do switu (mi, Ance i Przemkowi), w czasie gdy (Jola, Marta i Slawek) pojechali do centrum, aby zalatwiac wycieczke na Halong Bay. My uciekamy dzisiaj na poludnie- chcemy wreszcie troche ciepla, w Sapie bylo chwilami lodowato.
Nie bylo latwo dostac bilety na pociag, podobno mamy trzy ostatnie, ale jedziemy. Teraz przed nami nowe i nieznane, bo jak dotad robilismy juz powtorke z rozrywki sprzed dwoch lat!
W Hue poczekamy na reszte ekipy.