Niestety jakos komputery w Delcie Mekongu i w Kambodzy nie byly nam przychylne i nie pozwolily nam na wgranie zdjec. Tak wiec po dlugiej walce nie mialem juz sil na zaden wpis, dlatego tez pisze dopiero z Bangkoku.
Ale od poczatku:
W Sajgonie siedzielismy tylko/az trzy dni. Dla kogo tylko to latwo sie domyslic. Ja lubie atmosfere duzych miast, Jola woli wies. W kazdym razie po wyslaniu paczki za 100 $ do domu, poszlismy zwidzac dawna stolice Poludniowego Wietnamu. Najpierw Independence Palace a tam pozostawione wszystko tak jak wojska Ho Chi Minha go zastaly, nastepnie Muzeum Zbrodni Wojennych, czyli zdjecia okrucienstw jakich dopuscili sie Amerykanie podczas wojny: skutki bombardowania napalmem, agent orange, a wszystkiego dopelnil zamarynowany-zdeformowany ludzki plod w akwarium…
Ale jak poprzednicy pisali Sajgon to tez 5 mln motorow, ruch, zgielk, zycie, pyszna kawa, tanie jedzenie, wycieczka do Cu Chi tunnels gdzie strzelalem z M-16. Ogolne wrazenie pozytywne.
Po Sajgonie przyszla kolej na dlugo wyczekiwana Delte Mekongu. Po baaardzo dlugich rozwazaniach zdecydowalismy sie wziac wycieczke, co potem okazalo sie strzalem w dziesiatke. W planie byl m. in. homestay, gdzie obiad przygototwywano w lateksowych rekawiczkach…(Do tej pory sie z tego smieje). Podczas gdy panna Jolanta poszla zwiedzac fabryke kokosow i dzieci grajace w pilke nozna, ja wybralem sie motorem na przejazke, straszac okolicznych mieszkancow i zwierzeta, bo jak sie szybko okazalo motor mial zepsuta skrzynie biegow i przy zrzucaniu na mniejszy bieg strzelal z rury wydechowej niczym M-16.
Jak do tej pory malo o samej Delcie, a wiec: Delta piekna i rozlegla. Wielekie obszary poprzecienane kanalami, kanalikami. Plywajace markety, lodzie, mosty etc. Naszym najwiekszym zaskoczeniem bylo miasteczko Chau Doc do ktorego przybylismy tylko z musu – otoz stad mielismy lodz do Kambodzy. Masto brudne, wstretne i nieciekawe, ale za to jakie okolice!!! Dla nas hitem okazala sie przejazdzka motorem do parku, gdzie mozna bylo spotkac “52 pieces of birds”. Niepewni co zobaczymy, udalismy sie tam na jedym motorku, a gdy juz dojechalismy, oczom naszym ukazaly sie moczary drzew papierowych, a wsrod nich olbrzymie ilosci najrozniejszego ptastwa. Jakby tego bylo malo wynajelismy lodke za 4,5 PLN i pani wioslujac poplynela z nami w samo serce bagien. Ptaki siedzialy na wyciagniecie reki, ledwie nadarzalismy robic zdjecia. Wspolnie uznalismy wyprawe do Chau Doc za najwieksze odkrycie calej Azji 2011, a najwazniejsze to to, ze ani sladu bialego turysty! Oprocz tego moim osobistym hitem byla Jolka zamawiajaca w jakiejs zapadlaej wsi ciepla herbate (bo przeciez wiadomo ze lod moze byc z niepewnego zrodla). Otoz ta mistrzyni gry w Pictionary wyginajac sie i gestykulujac, sila swoich talentow aktorskich poprosila o jedna goraca herbate, po czym oboje dostalismy wode z lodem…:D i jak tu jej nie kochac?
bez komentarzy »