Już w Warszawie, czyli w lekkim zagubieniu czaso-przestrzennym próbuję zebrać do kupy swoje wrażenia. Są ich miliony, więc wyjdzie to pewnie chaotycznie, ale trudno.
LAOS
- skojarzenie: #wolność i swoboda podróżowania, wścibiania nosa gdzie tylko się da (motory!:); #arcyciekawe grupy etniczne – przede wszystkim TAI LUE i AKHA (dla mnie, jako nie-etnologa były to fantastyczne, nowe doznania, Magda i Przemek opowiadali mnóstwo intrygujących, antropologicznych ciekawostek – polecam takie towarzystwo); #otwarci i bardzo przyjaźni laotańczycy; #szokujące: bieda, zaglucone, chore dzieciaki w wioskach, ‘szpitale’, kontrasty cywilizacyjne; #smaki: biało-czarna kawa laotańska, mandarynka zajadana podczas jazdy rowerem przez Muang Sing, Laolao czyli bimber weselny, sticky rice z rozmaitymi dodatkami; #kolory: pomarańczowy (mnisi), zielony (dżungla); #zapachy: nagrzany piasek, kurz unoszący się za pędzącą ekipą motorową [w składzie Magdalena, Przemysław, Daniel et moi], gęsta zawiesina dżunglowego powietrza; #obrazki: mnisi na wielkich bambusowych huśtawkach, fajerwerki rozświetlające ich ogolone głowy i pogodne twarze; wiedźma opiumowa; mnich na szczycie góry i jego mantra “ojciec – matka”…oraz wiele, wiele innych; Ogólnie rzecz biorąc leniwa atmosfera westernowych, północnych miasteczek i pozytywni kompani ‘poszukiwania przypadkowych przygód’ sprawiły, że Laos wskakuje na jedno z najwyższych miejsc mojej podróżniczej listy. Kusi, żeby tam jeszcze powrócić… W tym miejscu przez moją nibyopowieść powoli, samym środkiem, turla się kulisty krzun rodem z dzikiego zachodu (a ja idę zrobić sobie herbatę, bo w rodzinnym kraju ziąb).
JUNAN /CHINY/
-skojarzenie: # bezradność językowa (co dziwi, bo przecież wszystkie azjatyckie języki są totalnie niezrozumiałe, często mają inny alfabet itd. Może to kwestia ludzi, że nie chcą próbować zrozumieć. Wiadomo – to my powinniśmy przyjeżdżając do Chin starać się mówić po chińsku, ale na prawdę jest to mega trudne), jednocześnie znaki chińskie – bardzo ciekawe do rozszyfrowywania # smaki: fenomenalne jedzenie (i tu zapewne MiP się ze mną zgodzą, że zaszczytne pierwsze miejsce otrzymuje mistrz HE XUE QING z Dali. Zdjęcie z adresem powyżej. Kto będzie w pobliżu niech wstąpi (jego podniebienie nie pożałuje) i pozdrowi go od nas. Co prawda szef nie mówi po angielsku, ale mowa ciała działa:), kwaśne mrówki w barze George&Dragon w Jinghong [gdzie mogliśmy przenocować dzięki dobremu sercu barmanki i uprzejmości właściciela - z powodu obchodów Nowego Roku (Bawoła) w większości hotele były zajęte, a ceny pozostałych absurdalnie wysokie]; # największym minusem podróżowania w Junanie jest zerowa możliwość pożyczania motorów i rowerów (wiedzieliśmy, że dookoła cuda, a nie mogliśmy do nich dotrzeć) # Lao ai – nieustanna sesja zdjęciowa. # obrazki: płonące lampiony – świetliki lecące do nieba nad Kunmingiem, kobieta w sukni z rękawami do ziemi tańcząca nocą w parku, młodzi mnisi- kosmici podrzucani w lektykach, turkusowa Jangcy w Tiger Leaping Gorge, doktor Ho i jego ziółka w Baisha, grafiki – tarasy ryżowe, muzykanci na piaszczystej drodze do Yangyong grający tylko dla nas. Tutaj z mojej nibyopowieści wydobywa się trochę dziwacznych dźwięków (a ja w tym czasie idę założyć skarpetki brrr).
WIETNAM /północny/
#skojarzenia: mgławice, wichura, przyroda, swoboda – MOTORY!!!; #smaki: bambus do gryzienia i sok z tegoż (mniam) ; # Sapa oraz jej górskie okoliczne wioski – kobitki Dzao w czerwonych chustach, # obrazki: Panowie Czarni Hmongowie hmmmm, dzieci na bambusowych szczudłach przebiegające przez most, dziewczynka i pies odsłonięci na chwilę przez mgłę gdzieś międzypomiędzy #zapach: mandarynki o zmierzchu zajadane wraz z Dzao na szczycie góry, #Hanoi – mnóstwo skuterów, ludzie ćwiczący tai chi nad jeziorem, mżawka, czasem słońce, czasem deszcz #Halong Bay – ogon smoka wystający z morza i my skaczący z wyyyysokieeeeeego statku do wody #minusy: mafia turystyczna na Halong Bay i to, że zanim coś się kupi zawsze trzeba się pytać o cenę. Dla zachodniaków zmieniają się one jak w kalejdoskopie. W jednym sklepie woda może kosztować jednego dnia 6 dongów, a następnego 20.
I jeszcze kilka lizusowatych słów do moich współtowarzyszy (żeby następnym razem też chcieli ze mną pojechać). Knurowaci! Dziękuję, że mogłam z Wami to wszystko dzielić:) Było cudownie i w dużej mierze to Wasza zasługa. I chyba starczy tych słodkości:)
1 komentarz »