26
styczeń
2009
polnocne wrazenia autor: magda
(pewnie sioe z Anka bedziemy troche powtarzac, ale trudno)
Ruszylismy z Luang Prabangu stopem w gore. 7 godzin na rurach, betonowych slupach i kablach, ale widoki mijanych wsi i zielonych gor robily swoje i tempo ciezarowki 20 km na h bylo odpowiednie. Do Udom Xai, nudnego miasteczka z chinskimi hotelami dotarlismy wieczorem, pan kierowca zazyczyl sobie zaplate za luksusowy przejazd rownie luksusowa, bo znacznie wyzsza niz autobus- ale po targach udalo sie wynegocjowac ceny zadowalajace obie strony (nizsze znaczniej niz autobus).
Nastepnego dnia znowu jazda… Tym razem w strone Luang Namtha (z reszta teraz tez tu jestesmy), a z tamtad do Muang Sing ( w Luang Prabang napisalam jakas dziwna nazwe, to pomylka, pisalam z pamieci…). Jazda tutejszymi autobusami i busami to niezle przezycie. nigdy nie wiadomo na jakich wspolpasazerow sie trafi. w naszym busie jechal mnich, bardzo stray mnich, wiecznie kaszlacy, wygladajacy jak strayschorowany ropuch… (to nic ze akurat kolo dworca staly bilbordy mowiace cos zapewne o gruzlicy… bo rysunek pluc byl wiele mowioacy,….) kolejny pasazer to pan zujacy chyba tygodniowy tyton i co chwila spluwajacy, pachnacy (to eufemizm) jak sloik z petami po imprezie, co slusznie zauwazyla Anka… przede mna tradycyjnie juz, druga z reszta tego dnia, zygula… dostalo sie mojej stopie- ale szczegoly juz omine. miedzy panem smierdzielem a Anka siedzial koles, ktory z reszta wczesniej wepchal sie w kolejce do kasy i wygladal jak rasowy cinkciaz, vel alfonso. w tej zgranej ekipie dojechalalismy do celu. Muang Sing to leniwe miasteczko, rodem z Dzikiego Zachodu. troche drewnianych budynkow, nasz drewniany hotelik, kilka murowanych i wlasciwie wszystko. Tam zaczelo sie kilka swietnych dni naszej podrozy.
Spotkalismy Daniela, Polaka, mieszkajacego w Chinach, ktory podrozowal na motorze. Nam tez sie snily motory… Trudno bylo je zdobyc, bo w wypozyczalni byly tylko dwa w tym jeden z jednej strony rozwalony (ale jezdzil) ale po dlugich namowach, glownie Anki, obiecano nam ze moze uda sie cos zdobyc na nastepny dzien. tymczasem wzielismy rowery i pojechalismy zwiedzac okolice. kilka wsi i od razu kilka roznych mniejszosci. Rozne stroje (pomimo turystyki itd, tutaj wiele kobiet nosi, chociaz czesci ludowych trojow na codzien) wiec dziwne czapki, przyczepione brzeczace monety ze srebra pamietajace czasy Francuzow, dziwne plascze z pomponami, chusty zawiazane w tajemniczy sposob… robi wrazenie. Muang Sing nalezy wspomniec bylo jeszcze kilka lat temu najwiekszym centrum handlowym jesli chodzi o opium… teraz jest to bardzo restrykcyjnie kontrolowany teren przez rzad, ale przyzwyczajenia zostaly… dlatego opium mozna zdobyc we wsiach, glownie jednej, gdzie kobiety Akha proponuja kupno narkotyku wraz z kolorowymi bransoletkami.
Zakaz uprawy opium ma tez swoje zle strony, jak to zwykle bywa… Miejscowi ludzie uprawiajac niewielkie poletka, mogli stosunkowo duzo zarobic na plonach. obecnie wykarczowano wiekszosc lasow wiecznie-zielonych na tych terenach, zeby zapoczatkowac nowe, legalne uprawy czegos… no i wlasnie nie wiadomo czego… podobno glowili sie nad tym i japonczycy i amerykanie i francuzi… kazdy mial swietny pomysl, ale jakos nie widac rezultatow, a gory gole.
udalo sie zdobyc trzy motory! ruszylismy wraz z Danielem do stupy- do niesamowitego mnicha, ktory po angielsku opowiedzial nam kilka histrorii i poczestowal jakims dziwnym rodzajem orzechow. Daniel na pieknej polance niedalego stupy (ale nie zablisko, zeby nie przeszkadzac mnichowi) postanowil przenocowac w namiocie. Jedzilismy caly dzien, Anka miala nielada frajde z pierwszego kontaktu z motorami!!! Jak to zwykle bywa dziwne rzezcy dzieja sie co chwila jak tylko ruszy lawina, wiec przypadkiem trafilismy na wesele. Na miejscowym targu zobaczylismy stoly, setki ludzi i uslyszelismy zawodzenie jakiegos miejscowego zespolu… przemek powiedzial, ze moze mozna tam cos kupic do jedzenia, bo juz bylismy nieco glodni, wiec weszlismy sprawdzic. okazalo sie ze to wesele, posadzono nas, dano nam jesc, pic (duzo jakiegos ichniejszego bimbru i piwa) i kazano tanczyc… wytanczylismy swoje, zjedlismy, dalismy pannie mlodej kase wzamian za lyka whisky i ulotnilismy sie chylkiem, zeby przezyc… Po szybkim prysznicu, ktory przywrocil nam swiadomosc znowu wsiedlismy na motory i ruszylismy na polne drozki. wieczorem, jeszcze raz trafilismy do wioski Akha, bo dwie babki, ktore w ciagu dnia wiecznie wciskaly komus suweniry, wyprosily nas aby je powiezc do wsi. bylo to troche absurdalne i niesamowite jak siedzialy przytulone do przemka i daniela i pomykaly na motorach. my z Anka zaraz ( a potem nie zaraz) za nimi pomykalysmy. az natrafilysmy na rzeczke i tam juz musialysmy troche czasu spedzic ale co tam, udalo sie…
wieczorem jeszcze kolacyjka u Daniela w namiocie na gorze u mnicha. dzwieki puszczy tropikalne, ktorej jest tu moze niewiele ale jeszcze jest, sa niesamowite. to inne doglosy, niz sosnowy las… a przez to ze nieznane nieco przerazajace i zachwycajace zrazem…
kolejny dzien motorow i przemka urodziny. jazda po wszystkich mozliwych wertepach wytrzesla nasze ciala, ale i napelnila taaaaaaaaaakimi wrazeniami glowy. podjazdy pod strome gorki, nagradzaly nas widokami, takimi ze dech zapiera, tylko szkoda, ze czesc gor zupelnie lysa. wioski, do ktorych nie dociera za wielu turystow, nie witaly nas zgraja dzieci i kobiet chcacych cos koniecznie sprzedaz wcale nie za tanio… dzien absolutnie wyjatkowy! a ze zaczal sie wlasnie nowy rok chinski- rok szczura- i wczoraj byl sylwester- to przemka urodziny byly bardzo porzadnie uczczone! Anka juz pewnie pisala o hustawkach i michach z petardami, wiec ja tylko dodam, ze byly to urodziny zupelnie nietuzinkowe…
uf
troche tego czytania… ale jak ktos nie chcial nie musial
pozdrawiamy




