Archiwum: styczeń, 2009

31

styczeń

2009

kura autor: przemek



_DSC5908_1024, originally uploaded by pbojarowski.

zupelna wariatka

31

styczeń

2009

31

styczeń

2009

lalunie na motortach autor: przemek



_DSC5909_1024, originally uploaded by pbojarowski.

wiadomo

31

styczeń

2009

dulary autor: przemek



_DSC5914_1024, originally uploaded by pbojarowski.

jak pieniadz niesie usmiech!

31

styczeń

2009

mnisi autor: przemek



_DSC5911_1024, originally uploaded by pbojarowski.

mnisi swietowali strzelajac z petard – wariaci

31

styczeń

2009

motory autor: przemek



_DSC5910_1024, originally uploaded by pbojarowski.

anka na motorze – zyciowy zakret!

31

styczeń

2009

_DSC5912_1024 autor: przemek



_DSC5912_1024, originally uploaded by pbojarowski.

razem z Danielem swietujemy moje urodziny! i jednoczesnie chinski nowy rok – Bawola a nie Szczura :)

31

styczeń

2009

Menglian na koncu swiata autor: magda

Dotarlismy po bardzo dlugiej podrozy, wyboistej i wiodacej przez wyyysokie gory. Ance az slabo bylo gdy patrzyla w dol, w tej sprawie swietnie by sie dogadala z moim tata… Jechalismy aby podziwiac wioski wokol miasteczka, aby robic zdjecia paniom w turbanach, kolorowym strojom, brzeczacej bizuterii. Dojechalismy i okazalo sie ze nie bedzie latwo. Owszem byl tani hotel o wysokim standardzie, owszem bylo pyszne jedzenie, tylko ani jednej osoby  mowiacej cokolwiek po angielsku. Wybawicielem okazal sie google translator w naszym hotelu, ale nawet bo bardzo dlugiej dyskusji nie udalo nam sie zdobyc rowerow, ani chociazby wiadomosci gdzie moglibysmy je wypozyczyc. i ugrzezlismy. Miasteczka chinskie nie naleza do ladnych, a caly dzien w takowym spedzony nie jest specjalnie ekscytujacy… ja szczerze mowiac jestem nieco rozzalona… no bo co z tego ze nie widzimy bialych twarzy, skoro nic sie nie da tutaj zalatwic i majac poczucie, ze wokol sa cuda, nie moc sie do nich zblizyc… Dzisiaj pojechalismy na wycieczke do innego miasteczka przy granicy z Birma. Mialo byc kilka targowisk itd, co bylo? brud, smrod i nuda… No ale na otarcie lez, zeby nie bylo nam smutno i zebysmy mieli poczucie, ze warto bylo jechac, jakies 4 kilometry od tej miejscowosci w swiatyni bylo jakies swieto. weszlismy, a tam na bambusowych lektykach mezczyzni wozili wystrojone i wymalowane, a dotego ubrane w dziwne stroje dzieci. Graly dzwony, ludzie w odswietnych strojach. Jakis pan, ktory mowil cokolwiek po angielsku powiedzial, ze to jest ostatni dzien tych dzieci w zakonie po dwoch latach… nie wiemy jednak czy ten pan dobrze sie wyslowil po angielsku, bo wygladalo to na wstapienie dzieci do zakonu… w kazdym razie w tym przypadku szczescie nam dopisalo i trafilismy na bardzo ciekawa ceremonia. wieczorem jeszcze przypadkiem znalezlismy schody prowadzace na gore i zrobilismy sobie bardzo przyjemny spacero-treking po okolicznym wzgorzu…

niestety nie trafilismy do wiosek mnijszoci tutejszych (ktorych jest tu cale mnostwo !!!), znowu tesknimy za motorami w takich chwilach… Jutro opuszczamy to miasteczko i jedziemy do Dali. Straszny kawal drogi nas czeka, ale tam juz pomimo tego, ze jest poza sezonem, na pewno beda mowic cokolwiek po angielsku, albo chociaz beda bardziej chcetni do wspolpracy z turystami…

wniosek: w Chinach, poza sezonem, bez wlasnego srodka transportu, lepiej nie ryzykowac rzadziej uczeszczanych tras…

28

styczeń

2009

Chiny autor: magda

Dotarlismy do tego dziwnego kraju, gdzie jezyk jest naprawde chinski… to przysparza nam nieco problemow, bo ni w zab nie da sie dogadac. czujemy sie jak gluchoniemi.

pierwsze wrazenia: jedzenie- genialne, jezyk- skomplikowany, ludzie- patrza na nas jak na kosmitow. poza tym pierwszy raz w Azji slyszymy jak miejscowi krzycza- i to nie jest fajne. poza tym mnostwo ludzi chce pomagac gluchoniemym i to jest rzeczywiscie wyjatkowe. pewna wspaniala dziewczyna- nasz aniol- zalatwila nam nocleg w barze (wszystkie hotele zajete ze wzgledu na noy rok)

27

styczeń

2009

dziwne wioski, dziwni ludzie, dziwne zdarzenia… autor: magda

Znowu wypozyczylismy motory, tym razem w Luang Namtha i tylko we troje bo Daniel juz wczoraj smignal w strone Luang Prabang. Jezdzilismy sobie kilka godzin, podziwialismy widoki, gory i lasy, czerwona ziemie wokol itd itp… i tak sobie podrozojac zobaczylismy niewielka wioske, do ktorej postanowilismy wejsc. Inne, zupelnie inne stroje, to to co pierwsze rzucio sie w oczy. Po drugie praktycznie kazda kobieta, od stop do glow ubrana w ten stroj. Cudowne srebrne ozdoby, kolczyki, kolie szpilki do wlosow. po trzecie, co bylo najbardziej zadziwiajace i nieco przerazajace, mnostwo ludzi chorych. Pokrzywionych przez choroby, niektore dzieci nieco opoznione…wszystko wskazuje na kiepskie geny, tak jakby to byla grupa endogamiczna, zamknieta na innych.

Piekne stroje kusily… tym bardziej ze jak sie okazalo byly od poczatku do konca robione w wiosce. Widzielismy bawelne, suszace sie materialy po farbowaniu i samo farbowanie w rzece. Padlo pytanie na migi o stroj, pewna staruszka podlapala i przybiegla z sukmana… no i sie zaczelo. targi, targi, targi, a my nie mieliusmy kasy, bo dzisiaj ostatni dzien w laosie i nie chcemy zostac z tutejsza waluta w kieszeni. wiec zaczelam probowac w dolarach- ale to wzbudzilo raczej przerazenie niz zachwyt. gladali z kazdej strony, podswietlali, odwracali… co najgorsze nie chcieli sprzedac… trudno i tak juz swoje u nich kupilismy. Razem z Anka dorwalysmy jedna babke co nam sprzedala kolczyki, a ja wyszperalam ze scian jednej chalupy maske. mamy tez dwa krokodyle.

brak sukmany zostawil nbiesmak, ale wrocilismy do miasta, zjedlismy obiad i ruszylismy znowu na przejazdzke. dziwnym trafem znowu trafilismy do wioski tej samej mniejszosci, jak sprawdzilismy pozniej o nazwie “Tai Lue” . Wiec tam znowu, pokazujemy sukmane i pytamy. Tym razem lepiej zalapaly babeczki, bo chyba cztery z nich przylecialy ze strojami… no i znowu targi, a wszystko na migi, bo ani slowa po zadnemu. rzucily cene jeszcze wyzsza ale cos tam sie zaczelysmy targowac, tym bardziej ze tym razem i ja i Anka chcialysmy miec kiecuchny. nawet cos sie udalo, chociaz dolce znowu sprawily zamet w wiosce… znowu ogladanie, porownywanie i obracanie. dwie 10 to nie to samo co jedna 20 i tak dalej. Juz zadowolone juz witalysmy sie z gaska juz juz juz mialysmy swoje cuda… ale niestety moja babka stwierdzila, ze moja kiecka ma lepszy material niz Anki i ze ona nie chce mi tego sprzedac, pomimo tego ze juz sprzedala, a ja wlasnie odjezdzalam… i musialam jej zwrocic sukmane… Myslelismy ze chociaz Ance sie uda, ale nie… Jej babka tez nie chciala wyjsc na frajerke i za jakies tam zielone pieniadze to ona nie sprzeda i wyjela Ance z plecaka swoj stroj oddajac jednoczesnie pieniadze… Coz bylo to dziwne, przykre i wkurzajace zarazem, ale w sumie mozna je sprobowac zrozumiec… nie znaly, baly sie itd. Powiem tylko ze cena za jaka chcialysmy kupic te kiecki byla nader wysoka jak na tutejsze ceny i chcialysmy ja zaplacic tylko dlatego, ze wiedzialysmy ze warto- 25 $ to jakby nie patrzec, dla tych kobiet byloby bardzo duzo po wymianie… pewnie jak sprawdza beda zalowac.

Sciemnilo sie, wrocilismy do Luang Namtha, poszlysmy z Anka przeczytac cos o tych Tai Lue, a Przemek kupil sobie cos do jedzenia. Kiedy wrocilysmy i usiadlysmy obok niego, zaraz zaczely sie zjawiac przedstawicielki Akha, czyli “banda Zaby”. (gdyby Tai Lue byly tak obrotne jak Akha, to mialybysmy kilka sukman). Zaczela sie gadka szmatka, ze nie chcemy juz bransoletek, ze mamy z Muang Sing itd. A ze mamy aparat cyfrowy, jak wiadomo… to zaczelismy im pokazywac zdjecia z Muang Sing. I wtedy wyadazylo sie cos naprawde niesamowitego. Dwie z nich na zdjeciach zaczely pokazywac nam swoje dzieci. Jedna dwojke, druga trojke. zaczely przewijac i wciaz ogladac, cieszyc sie i pytac ( z tego co rozumielismy) co u nich. Mowilismy ze dobrze ze usmiechniete, ze nie placza, ale dla matek to chyba bylo zbyt wzruszjace, bo jedna z nich zaczela plakac, tlumaczac mi jednoczesnie ze piatke dzieci juz pochowala…

Dziwna to byla sytuacja, zupelnie uniwersalna, zrozumiala dla kazdego. Chociaz inne rozchmurzyly sie i w sumie byly zadowolone (jedna to nawet nas prosila zeby z nia jutro do jej dzieci pojechac) to ta jedna, nawet jak juz odchodzilismy, nawet po tym jak specjalnie na pocieche kupilismy kolejna, nieprzydatna bransoletke, dalej chlipala..

w sumie czemu sie dziwic?

PS: Jutro ruszamy na podboj Chin!

PS2: Pomylka. wprowadzono nas w blad!!! zaczal sie rok bawola… nie szczura.