Coz moge powiedziec? Jestem juz w Bangkoku idlatego moge bez przeszkod pisac i pisac do woli, ale co najwazniejsze, wiem ze wszystko zostanie zaladowane do netu, a moje maile dojda tam gdzie trzeba.
3 tygodnie w Birmie przelecialy nawet nie wiem kiedy. Zrobilismy petle najbardzie turystyczna z mozliwych, no ale czasu nie starczylo na wiecej wypadow w bok, tym bardziej ze niepewny transport z zakamarkow rowniez nas zniechecal do odleglych wypadow. Jak juz pisalam wczesniej, odkryciem roku okazal sie treking, a najbardzie jego uczestnicy, zwani rodzina Ogura, czyli Ogur i Oguressa z ekipa. Zzylismy sie wszyscy do tego stopnia, ze kiedy po tygodniu kazdy pojechal w swoja strone, poczulismy sie nawet samotni. Jak to zwykle bywa na takich wyjazdach, niech sobie ci co chca nazywaja to cudem…, my nazwiemy to raczej kolejnym przystankiem na trasie, ale spotkalismy sie z Erickiem wczoraj w Yanonie i spedzilismy razem dzien, a kiedy wieczorem poszlismy do Shwedagon Pagoda naszym oczom ukazal sie takze kolejny czlonek teamu Gecko. Tak wiec brakowalo tylko Libanek, ale one juz siedza u siebie w kraju i jedna opracowywuje plan dzialania dla kolejnej firmy a druga zaglada w paszcze swoim pacjentom.
Jesli chodzi o kolejne przezycia w Birmie, to na pewno nie sposob nie wspomniec o Baganie. Czyli birmanskim Angkorze, gdzie w czasach od 9 do okolo 13 wieku powstawaly kolejne pagody i swiatynie. Wszystko znajduje sie na przestrzenie kilkudziesieciu km kwadratowych, lecz nie jest porosniete dzungla tylko wyrasta prawie na pustyni nie liczas paru drzew wokol swiatyn. poniewaz przez pierwsze dwa dni nie mielismy mapy, zwiedzalismy Bagan na chybil trafil i to okazalo sie bardzo ciekawe, bo mielismy wrazenie odkrywania niesamowitych miejsc. A to jakas niepozorna swiatyni miala wewnatrz piekny posag Buddy, a to okazywalo sie ze na scianach kolejnej byly cudowne freski itd. Wszedzie jezdzilismy na rowerach, wiec podciagnelismy sobie kondycje, bo z miejsca gdzie mieszkalismy bylo okolo 5-7 km a my procz tego jeszcze wiekszosc dnia spedzalismy na dwoch kolkach. Wschod slonca, zachod slonca itd itd itd. W Baganie tez mielismy kolejny przyklad cudownej birmanskiej goscinosci. W jednej z restauracji, ktora z reszta juz ktos nam wczesniej tez polecil, zostalismy tak wspaniale ugoszczeni przez wlascicieli, ze wracalismy tam chyba cztery razy. Co nas najbardziej dziwilo, a nawet troche krepowalo, to to ze ceny posilkow byly zaskakujaco niskie co do ich jakosci i wielkosci. (wszystkie ponizej dolara, a niektore nawet okolo 0.5 dolca), a takze prezenty, ktorymi wciaz nas obdarowywali (bransoletka, laka, obrazek, thanaka). Za ostatni obiad nie chcieli pieniedzy, ale jakos nam sie udalo je wcisnac, po dluzszej namowie. Chociaz na pierwszy rzut oka ludzie ci praktycznie nie maja zyskow ze swojej pracy, to kiedy pojedzie sie do Yangonu, na tablicy ogloszen w naszym hotelu co najmniej 5 roznych osob poleca wlasnie te restauracje w Baganie…Jakby nie bylo KARMA…przeciez to buddysci!!!
Nie wiem juz o czym pisalam wczesniej a o czym nie, ale musze jeszcze dodac kilka najbardziej rzucajacych sie w oczy rzeczy w Birmie. PO pierwsze thanaka na twarzach, najczesciej kobiet, ale takze i dzieci obu plci, ktora chroni przed sloncem, ale jezt tez rodzajem makijazu, po drugie merzczyzni w spodnicach, dlugich ciekawie zwiazanych po srodku, zazwyczaj z materialu w malutka kratke, w roznych kolorach. Po trzecie wieczny usmiech, a czesto usmiech w kolorze brunatnym od lisci betelu, ktore wiekszosc mezczyzn, ale nie tylko, zuje. Przy usmiechu trzeba sie na chwile zatrzymac… Wiele miejsc, ktore dotychczas odwiedzilismy bylo usmiechnietych, np Laos czy Tajlandia, ale wedlug mnie nigdzie ludzie nie smieja sie tak przyjaznie i tak milo jak w Birmie. Wystarczy jedno MINGLABA (dzien dobry) zeby zobaczyc wszystkie zeby od tych super bialych i kompletnych, do tego jednego ostatniego! To naprawde budzi zdziwienie, tym bardziej kiedy wie sie jak wyglada zycie w tym kraju…bieda to jedno, ale brak wolnosci to drugie. Na drogach widac kobiety pracujace przy budowie nowych “autostrad” a najczesciej sa to ludzie pracujacy niemal niewolniczo…tylko ze nawet oni na potrafia sie szczerze usmiac na zwykle Minglaba wypowiadana przez obcokrajowca. W miejscach publicznych lepiej nie poruszac temetow dotyczacych rzadu, bo lokalesi moga miec przez nas duze nieprzyjemnosci, a jedyne co mozna tak naprawde zrobic, to dawac jak najmniej pieniedzy do kieszeni rzadu. Czyli wybierac autobusy (pomimo tego ze jada 18 godzin, a wewnatrz jest sciana kurzu) zamiast samolotow i pociagow, spac w malych, czasem nieco obskurnych prywatnych guest housach niz w rzadowych hotelach, jesc w lokalnych knajpkach, a takze gdzie sie da unikac oplat za wsetp do jakichkolwiek zabytkow. (nam sie udalo w Minguniew Mandalay i wczoraj w Shwegadon Pagoda -lacznie 8 dolcow…zawsze cos, tym bardziej ze razy dwa). Aby wejsc do pagody trzeba spotkac turystow wychodzacych i poprosic o naklejki (kazdego dnia inna) a jak sie da i bilety. przy wejsciu trzeba powiedziec ze bylo sie w toalecie (a toaleta jest tylko na dole, wiec nie ma co sie martwic). Do Mingunu po prostu nie kupowac biletu na wstep, tylko na sama lodke. w razie czego nalezy sie klocicc ze chce sie tylko przeplynac po rzece, a nie chce wchodzic do srodka. Po drugiej stronie rzeki nikt nie pyta o bilet w porcie, a do Mingunu bez problemu mozna wejsc od strony wioski. To tyle rad dla tych, co kiedys moze sie wybiora do Birmy…
Prawda jest taka, ze chcialabym tam kiedys wrocic, najlepiej wtedy kiedy zmieni sie rzad, i wszystkie miejsca beda dostepne dla turystow, bez dodatkowych oplat, pozwolen i kontroli…
Komentarz Wyłączone