08

kwiecień

2011

piątek

28

luty

2011

poniedziałek

Kambodza autor: Slawek

Dzien pozniej przyniosl jednemu z nas wielkie problemy gasrtyczne, jakze uciazliwe, zwlaszcza jesli plynie sie pare godzin do Kambodzy, na lodce bez WC. Na szczescie pan lapowkolicjant bez problemu wposcicl nas do swojego Krolestwa (i WC) i  wieczorem bylismy w Phnom Penh. Na poczatku wydawalo mi sie ze wjezdzamy do gorszej wersji Naleczowa, ale jednak to byla wylotowka i samo centrum Pnhon Penh okazalo sie byc bardzo ladnym i ciekawym miejscem. “Tuk Tuk, Sir?” – rownie uciazliwe jak “Buy from me” ale co poradzic. W samej Stolicy zwiedzilismy wiekszosc co bylo do zwiedzenia (Royale Palace, S-21), a nawet wiecej bo znowu wypozyczylismy motor i dawaj 45 km do Wildlife Sanctuary, ktore niestety ku naszemu rozczarowaniu okazalo sie byc zwyklym ZOO, tyle ze z chorymi zwiezetami lub takimi, ktore na wolnosci by nie przezyly. Czare goryczy przelala kropla zwana pieciodolarowa lapowka dla pana lapowkolicjanta, za to ze nie mamy prawa jazdy czy czegos tam takiego.

28

luty

2011

poniedziałek

Slawek i Jola autor: Slawek

Niestety jakos komputery w Delcie Mekongu i w Kambodzy nie byly nam przychylne i nie pozwolily nam na wgranie zdjec. Tak wiec po dlugiej walce nie mialem juz sil na zaden wpis, dlatego tez pisze dopiero z Bangkoku.

Ale od poczatku:

W Sajgonie siedzielismy tylko/az trzy dni. Dla kogo tylko to latwo sie domyslic. Ja lubie atmosfere duzych miast, Jola woli wies. W kazdym razie po wyslaniu paczki za 100 $ do domu, poszlismy zwidzac dawna stolice Poludniowego Wietnamu. Najpierw Independence Palace a tam pozostawione wszystko tak jak wojska Ho Chi Minha go zastaly, nastepnie Muzeum Zbrodni Wojennych, czyli zdjecia okrucienstw jakich dopuscili sie Amerykanie podczas wojny:  skutki bombardowania napalmem, agent orange, a wszystkiego dopelnil zamarynowany-zdeformowany ludzki plod w akwarium…

Ale jak poprzednicy pisali Sajgon to tez 5 mln motorow, ruch, zgielk, zycie, pyszna kawa, tanie jedzenie, wycieczka do Cu Chi tunnels gdzie strzelalem z M-16. Ogolne wrazenie pozytywne.

Po Sajgonie przyszla kolej na dlugo wyczekiwana Delte Mekongu. Po baaardzo dlugich rozwazaniach zdecydowalismy sie wziac wycieczke, co potem okazalo sie strzalem w dziesiatke. W planie byl m. in. homestay, gdzie obiad przygototwywano w lateksowych rekawiczkach…(Do tej pory sie z tego smieje).  Podczas gdy panna Jolanta poszla zwiedzac fabryke kokosow i dzieci grajace w pilke nozna, ja wybralem sie motorem na przejazke, straszac okolicznych mieszkancow i zwierzeta, bo jak sie szybko okazalo motor mial zepsuta skrzynie biegow i przy zrzucaniu na mniejszy bieg strzelal z rury wydechowej niczym M-16.

Jak do tej pory malo o samej Delcie, a wiec: Delta piekna i rozlegla. Wielekie obszary poprzecienane kanalami, kanalikami. Plywajace markety, lodzie, mosty etc. Naszym najwiekszym zaskoczeniem bylo miasteczko Chau Doc do ktorego przybylismy tylko z musu – otoz stad mielismy lodz do Kambodzy. Masto brudne, wstretne i nieciekawe, ale za to jakie okolice!!! Dla nas hitem okazala sie przejazdzka motorem do parku, gdzie mozna bylo spotkac “52 pieces of birds”. Niepewni co zobaczymy, udalismy sie tam na jedym motorku, a gdy juz dojechalismy, oczom naszym ukazaly sie moczary drzew papierowych, a wsrod nich olbrzymie ilosci najrozniejszego ptastwa. Jakby tego bylo malo wynajelismy lodke za 4,5 PLN i pani wioslujac poplynela z nami w samo serce bagien. Ptaki siedzialy na wyciagniecie reki, ledwie nadarzalismy robic zdjecia. Wspolnie uznalismy wyprawe do Chau Doc za najwieksze odkrycie calej Azji 2011, a najwazniejsze to to, ze ani sladu bialego turysty! Oprocz tego moim osobistym hitem byla Jolka zamawiajaca w jakiejs zapadlaej wsi  ciepla herbate (bo przeciez wiadomo ze lod moze byc z niepewnego zrodla). Otoz ta mistrzyni gry w Pictionary wyginajac sie i gestykulujac, sila swoich talentow aktorskich poprosila o jedna goraca herbate, po czym oboje dostalismy wode z lodem…:D i jak tu jej nie kochac?

28

luty

2011

poniedziałek

tak więc wróciliśmy autor: przemek

Dodałem trochę lepszą jakoś filmiku o bui vien i niwbawem zamieszcze galeryjkę zdjęć z wyjazdu – oczywiście trochę pewnie to potrwa :)
Na pewno zrobimy też pokaz slajdów po powrocie Sławka i Joli (którzy bawią jeszcze w angkorze).

25

luty

2011

piątek

wracamy autor: magda

Kuala Lumpur – ostatnie podrygi, za 15 minut opuszczamy hotel i jedziemy na lotnisko. Przed nami niezbyt przyjemny lot w ciasnym samolocie – 12 albo 13 godzin – to wciaz wielka tajemnica przez te zmiany czasow.
Potem Londyn, zmiana lotniska, troche spania i o 8.20 lot do Warszawy. Znowu zmiana czasu i o 11.40 jestesmy na lotnisku Okecie.
Teraz jest ten moment podrozy, ktory wolaloby sie ominac i od razu znalezc sie w Warszwie. Tylko jak slyszymy o tych mrozach to troche mniej nam sie spieszy…

23

luty

2011

środa

Bui vien autor: przemek

Słaba jakość i nie pocięte!

22

luty

2011

wtorek

Zaplatani w okablowanie Ho Chi Minh City autor: anka

Czyli Sajgon po raz drugi. 9mln mieszkancow i odnosi sie wrazenie ze wszyscy wsiedli na motorki i jada. Jada, trabia i wykonuja skompikowane ewolucje drogowe. Nad nimi tysiace kabli, kabelkow zwisajacych z przeciazanych slupow. A w tym wszystkim przechadzamy sie my – wypoczeci po 3dniach nurzania sie w cieplej wodzie morza Poludniowochinskiego i nieuchronnie powracajacy. Jeszcze jutro tunele Cu Chi i rozpoczynamy droge powrotna.

21

luty

2011

poniedziałek

12zł autor: przemek

Tyle za talerz grilowanych krewetek prosto z morza! Szczura nie zamówiliśmy.



20

luty

2011

niedziela

Gdzie pieprz rośnie autor: przemek

Podobno Wietnam jest największym producentem pieprzu na świeie a wyspa phu quoc z kolei produkuje najwięcej w wietnamie! My natomiast nic o tym nie wiemy i rozkoszujemy się ostatnimi dniami ciepła. Za tydzien trzeba będzie dołączyć do marznących rodaków!


18

luty

2011

piątek

od rzeki do rzeki autor: magda

Po krotkiej pauzie w Sajgonie pojechalismy do delty Mekongu. Chociaz z przygodami udalo nam sie dotrzec do miejscowosci Ben Tre. Male miasteczko, nad jeziorem hotel, przy hotelu kawiarnia i w kawiarni my. A ze sie zeszlo akurat w czasie z urodzinami moimi (to juz 23 lata! ;) kawiarnia byla naszym ulubionym miejscem.
Potem wszystko zaczelo sie ukladac w tempie ekspresowym – plan podrozy nagle sie skrystalizowal i zaczal sie wypelniac!
W hotelu dorwal nas pan Lanh, ktory caly czas sie smiejac zaproponowal wycieczke lodka po rzekach, polaczona z obiadem przygotowanym przez jego zone. Po krotkiej negocjacji ceny umowilismy sie na dzien nastepny.
Z samego ranca bylismy juz na czolnie i z tyrkajacym niepewnie silnikiem poplynelismy w gaszcz palmowy. Rzeki wija sie tutaj z kazdej strony, co chwila waskie mostki, lodzie z lypiace oczami i bananowe palmy. po dwoch godzinach silnik jednak powiedzial dosc i wycieczka skonczyla sie na holu…ale za to jakie jedzenie! Zona Lanha to mistrz kuchni – mdawno takich pysznosci nie jedlismy.
Tuz po powrocie z wycieczki, biegiem ruszylismy do autobusu, zeby na wieczor dotrzec do Cam Tho – zeby miec caly nastepny dzien na motorach. Z kilkoma wrecz cudownymi przesiadkami udalo nam sie dojechac juz na godzine 18. Bylismy z siebie naprawde dumni, bo dzieki temu dzisiajszy dzien mielismy genialnie motorowy. Znowu malutkie rzeczki i wielkie rzeki, znowu palmy, plantacje mango, papaji i male drewniane domki na nadbrzezach. Teraz ogladalismy wszystko z perspektywy drozek, a nie rzek. Teraz to my bylismy na moscie a nie pod mostem. A nad nami juz tylko dziesiatki latawcow!
Jesli wszystko bedzie sie tak plynnie ukladac, to jutro o 5 rano bedziemy na plywajacych targach, a potem bedem do Rach Gia, a potem promem na wyspe rajska… No ale o tym pewnei jeszcze napiszemy :)